W ostatnim czasie pojawiają się nowe sposoby robienia biznesu i zarabiania na życie „na swoim”. Jeszcze niedawno w świadomości społeczeństwa dominowały tylko dwie kategorie, np. artykułów, o biznesie: „biznes” i „inwestycje”. W ostatnich latach zaczęliśmy mieć bardziej do czynienia ze startupami (kiedyś nazywanymi e-biznesami), freelancerami i innymi nurtami.

Słowo „przedsiębiorczość” zamieniło  się w parasol rozłożony nad pewną grupą aktywności, które mogą się między sobą bardzo, bardzo różnić. W tym sensie „przedsiębiorczość” zaczyna przypominać „lekkoatletykę” pod którą można podpiąć tak różne aktywności, jak sztafetę 4×400, rzut młotem i skok o tyczce. W mojej bańce informacyjnej zawrotną karierę robi ostatnio określenie „solopreneurship”, które jest wybitnie wieloznaczne.

I tak solopreneurami nazywani bywają: 

  • Freelancerzy – jeśli jesteś grafikiem lub trenerem personalnym to po prostu wykonujesz usługi dla klientów.
  • Solopreneurzy – np. Michał Szafrański nie wykonuje usług tylko prowadzi biznes, w sposób bardzo świadomy ograniczając jego skalę i opierając się wyłącznie o siebie i podwykonawców (będących freelancerami lub małymi firmami). Dzięki temu może faktycznie być “solo” bo nie zatrudnia ludzi.
  • Właściciele biznesów, którzy nie mają wspólników – to najbardziej różnorodna grupa. Do rzadkości należy sytuacja w której z trzech założycieli po 10 czy 20 latach cała trójka pozostaje operacyjnie i udziałowo zaangażowana w spółkę. Na ogół z czasem na placu boju ostaje się pojedynczy lider, który ciągnie operacyjnie całe przedsięwzięcie (choć często ze wspólnikami, którzy nie są zaangażowani operacyjnie).

W mojej opinii parcie na solopreneurship to na ogół błąd. Jeśli aspirujecie do prowadzenia firmy, która na trwałe wyrwie Was z klasy średniej i pozwoli wyzwolić się z przymusu codziennego chodzenia do pracy – solopreneurship na ogół Wam na to nie pozwoli. Freelancing nie pozwoli Wam na to z pewnością. Powodów jest kilka, ale najistotniejsze są trzy.

Nie jesteś tak mądry jak myślisz, że jesteś (ja też nie)

Mam mnóstwo słabych stron. Jestem kiepski w szczegóły. Nie cierpię umów, administracji i operacyjnego zarządzania finansami. Gdybym musiał kiedyś wystawić fakturę w Casbeg, prawdopodobnie zamknąłbym firmę (a i to zrobiłbym źle). Ty, tak jak ja, też masz swoje słabsze strony. Wiele z tego typu spraw można oddelegować nie-wspólnikowi. Można stać się też w nie dobrym. Nie można jednak delegować i nauczyć się wszystkiego. I na ogół nie warto.

Oczywiście, masz inny zestaw deficytów ode mnie, ale na pewno jakiś masz – i zalepienie go wspólnikiem ma bardzo dużo sensu. Np. w Casbeg byłem w stanie dowodzić zespołem złożonym także z ludzi z którymi lubimy się prywatnie między innymi dlatego, że Marcin negocjował z nimi kwestie finansów więc nigdy nie mieliśmy okazji pokłócić się o forsę.

Ale uzupełnianie deficytów to tylko połowa dobrej odpowiedzi. Druga połowa to:

Odmienność perspektywy

Najlepiej nauczył mnie tego pewien znakomity przedsiębiorca, w którego biznes nie udało mi się zainwestować. Człowiek jest bez wątpienia świetny, ma też wspaniałą firmę, która robi coś bliskiego mojemu sercu. Podziwiałem jego pracę od dawna – zostałem też jego klientem. Nie chciał naszych pieniędzy bo miał dużo własnych i nie potrzebował więcej – a poza tym nie miał ochoty na wprowadzanie do swojego życia dodatkowej komplikacji w postaci wspólników. Normalna sprawa. Po odmowie wróciłem do oklaskiwania jego działalności z trybun. Po jakichś 2 latach od nie-inwestycji ten przedsiębiorca napisał do mnie z prośbą o radę, bo ktoś doradził mu spotkanie ze mną.

Okazało się, że wojna na Ukrainie i inflacja zmieniły kierunek wiatru dla jego biznesu i sprzedaż spadła. Niestety, wkupił się on w wojowniczą narrację o tym, że „trzeba walczyć” i „uciekać do przodu” zamiast nieco zredukować koszty. Gdy okazało się, że spółka potrzebuje na realizację tej strategii więcej kapitału pożyczył dużą ilość prywatnej gotówki swojej firmie, a potem ją w ciągu roku spalił – w oczekiwaniu na odwrócenie koniunktury.

Szanse na to, że nie przekonałbym go do cięć kosztów gdybyśmy z Marcinem byli jego wspólnikami oceniam na zero – to było oczywiste, tak długo, jak długo nie wpisujesz się w wojownicze narrację. Śmieszno-smutne w tej sytuacji jest to, że kwota, którą pożyczył spółce to była ta sama kwota, którą ja i Marcin proponowaliśmy jako nasz wkład. Jestem przekonany, że ten przedsiębiorca po rozmowie ze mną, zrobi to, co powinien, i zetnie koszty – tyle, że z sakiewką lżejszą niż na to zasługuje. Chciałbym powiedzieć, że to jedyny tego typu przypadek, ale było ich, niestety, więcej i w tym sensie nie opowiadam Wam tu historii pojedynczego przedsiębiorcy a raczej pewien zlepek sytuacji z którymi spotkałem się w ostatnich miesiącach.

Stać cię na więcej niż myślisz, jeśli skupisz się na tym, co bardzo dobrze potrafisz

90% tego, co robiłem będąc prezesem Casbeg, można określić jako sprzedaż, rekrutacja, marketing i zarządzanie ludźmi. Tak się składa, że to są sprawy w których jestem też najsilniejszy kompetencyjnie. Mogłem się w nich „wyrobić” bo inni zdjęli mi z barków prawie wszystkie pozostałe sprawy. 

Nie jestem wyjątkiem a raczej regułą: Tomasz Gański miał kiedyś świetną prezentację na Infoshare. Pokazywał w niej, jak będąc w roli CTO i współzałożyciela JustJoinIT nosił kilkanaście czapek jednocześnie – od programisty przez Project Managera aż po kadrową i księgowego spółki. Takie są prawa start upu, który rozwijany jest niewielkim, własnym kapitałem – robimy wszystko mniejszym zespołem niż się da. Jednocześnie, w tej prezentacji Tomek wielu ról nie pełnił – bo miał wspólnika, który nosił czapki m.in. marketera, handlowca, rekrutera i spiritus-movens spółki. Tak wyglądają dobre partnerstwa na początku rozwoju spółki – obie strony dają z siebie dużo, a ponieważ każda daje z siebie to co ma najlepsze (i nie musi zajmować się tym o czym nie ma pojęcia, ani sprzątać po tym zajmowaniu) to 1+1 może dać 11. I w przypadku JustJoinIT niewątpliwie dało.

Winston Churchill powiedział kiedyś, że „Noże są tak ostre dlatego, że tort jest taki mały”. Zwykle dużo lepszym pomysłem niż rozwijanie biznesu samotnie jest zrobienie tego z uzupełniającymi nas pod kątem kompetencji i perspektywy wspólnikami. W ten sposób zwykle udaje się upiec większy tort, dzięki czemu noże nie muszą być aż tak ostre. Jeśli chcesz iść szybko – idź sam. Jeśli daleko – idź w grupie.

Do tematu wyboru wspólnika jeszcze wrócimy. 

Na koniec żart zasłyszany od pewnego przedsiębiorcy: 

„Jesteś tylko Ty i Twój CTO. Skąd weźmiecie trzeciego CoFoundera?” – pytanie od inwestora venture capital, który jest jedynym partnerem w swoim funduszu.

E-book

Chcesz zdobyć praktyczną wiedzę biznesową?

Zapisz się na newsletter Casbeg Knowledge Sharing. Otrzymaj dostęp do materiałów premium: arkuszy, checklist, szablonów i innych.