Dzień Dobry Państwu, spotykamy się w Interesach, ja nazywam się Bartosz Majewski i jestem współzałożycielem Casbeg. Chcę Wam dziś opowiedzieć o książce Slow Productivity, której autorem jest Cal Newport. Cala znacie już z odcinka #88, poświęconego jego książce Deep Work, więc nie będę go przedstawiał. Książka wyszła w 2024, po polsku jeszcze jej nie ma, więc będę tłumaczył z oryginału.
Odcinek #93 podcastu Interesy o książce Slow Productivity znajduje się tutaj:
O czym pisze Cal Newport w Slow Productivity?
O co chodzi w tej książce? To właściwie sequel do wydanej w 2016 Deep Work. Po co tej książce druga część? Bo po drodze politycy zafundowali całemu Zachodowi i nie tylko lockdowny, co przeciążyło białe kołnierzyki o wiele bardziej niż dotąd byli przeciążeni. Aale okazało się, że całe to przeciążenie było parą w gwizdek i wcale nie udaje się robić dużo więcej, pomimo tego, że pracownicy biurowi pracowali długie godziny.
Cel tej książki jest więc jasny: uczynić czytelników produktywnymi w długim terminie w taki sposób, by praca z czegoś, co przygniata, stała się żródłem znaczenia. Autor proponuje nam 3 rozwiązania: mamy pracować nad mniejszą ilością rzeczy naraz, świrować na punkcie jakości tego, co dostarczamy i pracować w naszym naturalnym rytmie.
Czy Slow Productivity namawia do lenistwa?
Może w tym miejscu rozwijemy pewne nieporozumienie, żebyście nie doszli do wniosku, że to książka dla leserów i ludzi, którzy chcą pracować lekko:
Obalamy teraz powszechne nieporozumienie dotyczące pierwszej zasady powolnej produktywności: łatwo pomylić „rób mniej rzeczy” z prośbą o „osiągnięcie mniejszej liczby rzeczy”. Ale to rozumienie jest dokładnie na opak. Niezależnie od tego, czy Twoja lista zadań jest przepełniona, czy też skąpa, nadal pracujesz mniej więcej tyle samo godzin tygodniowo. Rozmiar listy wpływa jedynie na to, jak użyteczne są te godziny i jakie osiągasz rezultaty.
To właśnie tutaj znajdujemy główny argument przemawiający za tym, dlaczego wykonywanie mniejszej liczby zadań jest tak samo ważne dla współczesnych pracowników wiedzy. Nie chodzi tylko o to, że przeciążenie jest wyczerpujące, nie do utrzymania i stanowi beznadziejny sposób na życie – choć z pewnością tak jest – ale o to, że wykonywanie mniejszej liczby zadań sprawia, że lepiej wykonujemy swoją pracę; nie tylko pod względem psychologicznym, ale także ekonomicznym i kreatywnym.
Intensywne skupienie się na niewielkiej liczbie zadań i czekanie na zakończenie każdego z nich przed rozpoczęciem czegoś nowego to obiektywnie znacznie lepszy sposób na wykorzystanie mózgu do generowania wartościowych wyników.
Swoją drogą, podobny insight stał za czterogodzinnym tygodniem pracy Tima Ferrissa. Wbrew pozorom, mnóstwo ludzi nie użyło tego frameworku do tego, żeby pracować 4 godziny w tygodniu i przez resztę czasu leżeć na plaży, tylko do tego, żeby nadal pracować 60, tylko osiągnąć dwa razy tyle, co dotąd.
Sam Ferriss pracował malutko tylko przez pewien czas w swoim życiu, o czym wiedzą wszyscy, którzy śledzili losy powstawania jego książki 4 Hour Chef chociażby.
Co ma Benjamin Franklin do slow productivity?
Teraz krótki fragment, żeby umieścić historię Benjamina Franklina w odpowiednim kontekście:
Drobne zadania, w wystarczającej ilości, mogą działać jak termity produktywności, destabilizując cały fundament tego, co próbujesz zbudować. Warto dołożyć wszelkich starań, aby je oswoić.
Zgrabne, prawda?
Benjamin Franklin może wydawać się nietypowym wyborem do książki o powolnej produktywności, ponieważ jego etyka pracy była znana z harówki.
W swojej autobiografii, na przykład, Franklin opowiadał o tym, jak zdobył rozgłos dla swojej nowo powstałej drukarni w Filadelfii, udając, że pracuje dłużej niż konkurencja, często drukując do północy lub dłużej. „Ta branża, widoczna dla naszych sąsiadów, nadaje nam charakter i kredyt zaufania” – napisał. Po założeniu swojej głównej działalności drukarskiej, Franklin rozszerzył swoją działalność komercyjną, wydając gazetę Pensylwańską której rozwój wspierał między innymi dzięki objęciu niewdzięcznego i wymagającego stanowiska naczelnika poczty w Filadelfii, co dało mu wczesny dostęp do wiadomości.
Trzy lata po wprowadzeniu gazety, Franklin zajął się księgarnictwem i zaczął wydawać swój Poor Richard’s Almanach, który również szybko zyskał popularność. W poszukiwaniu jeszcze większych dochodów, Franklin założył dwie franczyzowe wersje swojej drukarni w innych lokalizacjach: pierwszą w Karolinie Południowej, a drugą w Nowym Jorku. Te skomplikowane ustalenia wymagały od Franklina zainstalowania drukarni do prowadzenia każdej działalności lokalnie, a on sam zapewniał kapitał i wiedzę specjalistyczną w zamian za podział zysków.
W tym okresie Franklin zaczął prowadzić codzienną listę kardynalnych cnót, których pragnął przestrzegać. Nic dziwnego, że jedną z tych cnót była „pracowitość”, którą Franklin zdefiniował w swojej autobiografii. postanowieniami, by „nie tracić czasu” i „zawsze zajmować się czymś pożytecznym”. Można założyć, że ten konkretny wiersz na jego liście konsekwentnie otrzymywał odznaczenia.
Ten pogląd na Franklina jako świętego patrona zapracowania pomija jednak bardziej złożoną historię. Choć prawdą jest, że jego kariera zawodowa rozpoczęła się w stanie przeciążenia, to jednak taka nie pozostała. Biograf H. W. Brands zauważa, że gdy Franklin zbliżał się do trzydziestki, zaczął się wypalać. To właśnie tutaj Franklin niespodziewanie i niedocenianie zwrócił się w stronę powolnej produktywności.
Skrócę Wam nieco ten fragment, ale chodzi w nim o to, że Franklin zatrudnił sobie prawą rękę, który wkrótce okazał się być dobrym materiałem na sukcesora. Później zresztą ten gość zyskał udziały w jego przedsięwzięciach, co spowodowało, że Franklin nie był tak bogaty jak być mógł – ale miał za to więcej czasu. A co z tym czasem zrobił?
Uwolniony od swoich zwykłych obowiązków administracyjnych, Franklin natychmiast poczynił postępy w tej dziedzinie. W zaskakująco krótkim czasie, zaledwie kilku lat, Franklin przedstawił teorię przepływu dodatniego i ujemnego, wynalazł baterię i zbudował prymitywny silnik elektryczny.
Najważniejsza była jednak jego teoria pioruna jako zjawiska elektrycznego, która nie tylko oferowała jasne, naturalistyczne wyjaśnienie tych piorunów z nieba, ale także wskazywała proste rozwiązanie problemu szkód, jakie tak często powodowały: piorunochron. Kiedy teoria Franklina została potwierdzona w serii równoległych eksperymentów – jeden przeprowadzony przez grupę francuskich naukowców, którzy zamontowali pręt na wieży podczas burzy, a drugi, słynny eksperyment Franklina z latawcem – zyskał światową sławę.
Wkrótce potem, po części dzięki swojej nagłej popularności, Franklin został wybrany do Zgromadzenia Pensylwanii, co po raz pierwszy wniosło go na poważnie do polityki prowincjonalnej. Wszyscy wiemy, co stało się później. To, co sprawia, że kolonialny kryzys wieku średniego Benjamina Franklina jest godny uwagi współczesnej publiczności, to jego ogólne przekonanie, że ujarzmienie wpływu drobnych szczegółów w życiu zawodowym otwiera przestrzeń do dążenia do większych celów. Franklin mógł być jednym z pierwszych obserwatorów tej idei, ale nie ostatnim.
Zdecydowanie nie ostatnim, bo sam tą drogą kroczę i to kroczyłem zanim jeszcze przeczytałem tą książkę. Przecież nie byłoby mojej książki 101 technik dla zarządzających, tego podcastu, czasu na robienie momentum czy inwestycji anielskich w takich ilościach jak obecnie, gdyby nie to, że zrobiłem sukcesję.
Opowieść o Ianie Flemingu w Slow Productivity
Posłuchajcie teraz historii ojca postaci Jamesa Bonda:
ZDEFINIUJ KRÓTSZY ROK PRACY
Po wojnie Ian Fleming, powieściopisarz, który później napisał thrillery szpiegowskie o Jamesie Bondzie, przyjął pracę w Kemsley Newspapers, brytyjskiej firmie medialnej znanej przede wszystkim z posiadania gazety Sunday Times. Fleming został zatrudniony jako kierownik ds. zagranicznych, co dało mu nadzór nad rozległą siecią zagranicznych korespondentów grupy. Był dobrze wykwalifikowany do tej pracy, biorąc pod uwagę jego pracę w brytyjskim wywiadzie marynarki wojennej – stanowisko, które podczas wojny wysłało go w różne zakątki świata.
Dla naszych celów istotne są jednak nie tyle szczegóły nowego zatrudnienia Fleminga, co kontrakt, który podpisał, zgadzając się na to stanowisko. Fleming zawarł z Kemsleyem umowę, która zobowiązywała go do pracy tylko przez dziesięć miesięcy w roku. Pozostałe dwa miesiące miały być wykorzystane jako coroczny urlop.
Motywacją do tego nietypowego porozumienia był rok 1942, kiedy Fleming, wówczas trzydziestoczteroletni dowódca, został wysłany na Jamajkę w ramach operacji Golden Eye, której celem było zbadanie potencjalnej aktywności niemieckich okrętów podwodnych na Karaibach. Fleming zakochał się w ciszy i pięknie wyspy i przysiągł, że po zakończeniu wojny znajdzie sposób na powrót.
Okazja do spełnienia tej obietnicy nadarzyła się w 1946 roku, kiedy dowiedział się o piętnastoakrowej posiadłości w pobliżu małego miasteczka portowego Oracabessa Bay, która właśnie została wystawiona na sprzedaż. Nie była zachwycająca. Działka, dawny tor wyścigów osłów, znajdowała się na niskim cyplu, porośniętym tropikalnymi zaroślami. Fleming dostrzegł jednak potencjał. Wysłał telegraf do swojego agenta z prośbą o zakup ziemi, a następnie oczyścił działkę pod budowę skromnego, parterowego domu z betonowymi podłogami i ledwo działającą instalacją wodno-kanalizacyjną.
„Okna wychodzące na morze są bez szyb” – wyjaśnił pisarz podróżniczy Patrick Leigh Fermor, który odwiedził nowy dom Fleminga wkrótce po jego wybudowaniu – „ale wyposażone w zewnętrzne okiennice chroniące przed deszczem: ogromne czworoboki… niejako ujarzmiają żywioły, tworząc nieustannie zmieniający się fresk, którym nigdy nie można się nie zmęczyć”. Na cześć inspiracji Fleming nazwał swoją rozpadającą się posiadłość Goldeneye.
Dlatego Fleming zażądał w kontrakcie dwóch miesięcy urlopu. Każdego roku, spełniając daną sobie wojenną obietnicę, mógł uciec od ponurych londyńskich zim i rozkoszować się celowo powolnym życiem w Goldeneye. Początkowo wyjazdy Fleminga były czysto hedonistyczne. Będąc na wyspie, nurkował rano w zatoce pod swoim domem, a następnie skupiał się na hulankach – rekompensując sobie, ze zdecydowanie brytyjską, wyższą klasą, mroczne doświadczenia wojenne.
Ale potem, w 1952 roku, za namową swojej nowej żony, Ann Charteris, Fleming zaczął pisać podczas wakacji na Jamajce. Myślała, że ta aktywność odwróci jego uwagę od stresu w życiu osobistym. Tej zimy napisał szkic „Casino Royale”, pierwszej powieści o Jamesie Bondzie. by następnie… napisać tuzin kolejnych, zawsze podążając za tym samym schematem: zarysować fabułę nowej powieści w Londynie jesienią, napisać pełną wersję roboczą w Goldeneye, pracując w naturalnym świetle jamajskiego porannego słońca, a następnie, po powrocie do domu na wiosnę, dokończyć ostateczną redakcję przed publikacją.
Tak trzeba żyć, niestety 15 akrów w tamtej okolicy, szczególnie jeśli mówimy o miejscu, które jest bezpośrednio nad wodą, kosztuje dziś jakieś 6 milionów dolarów, więc jest poza zasięgiem przeciętnego brytyjskiego dziennikarza. No ale był taki moment w czasie, kiedy Fleming mógł spektakularnie wskoczyć w okno możliwości.
Powolny rozwój wymagający jakości – przykład Apple
Utrzymajmy się jeszcze przy temacie robienia mniejszej ilości rzeczy, bo mamy tu naprawdę świetny przykład, który jest użyteczny również biznesowo. Posłuchajcie:
W kontekście pracy umysłowej, być może najsłynniejszym przykładem powolnego tempa rozwoju wymagającego jakości jest triumfalny powrót Steve’a Jobsa do Apple.
Kiedy Jobs objął stanowisko tymczasowego dyrektora generalnego w 1997 roku, firma właśnie zakończyła kwartał, w którym sprzedaż spadła o 30 procent. Jobs szybko doszedł do wniosku, że problem Apple wynika z rozrastającej się oferty produktów. (W odpowiedzi na zapotrzebowanie sprzedawców detalicznych firma opracowała wiele różnych wariantów swoich komputerów bazowych, w tym kilkanaście wersji niegdyś wychwalanego Macintosha).
Według biografa Jobsa, Waltera Isaacsona, Jobs zaczął zadawać menedżerom wyższego szczebla proste pytanie: „Które komputery mam polecić znajomym?”. Kiedy nie potrafili udzielić jasnej odpowiedzi, Jobs postanowił uprościć linię produktów do zaledwie czterech komputerów: komputera stacjonarnego i laptopa dla użytkowników biznesowych oraz komputera stacjonarnego i laptopa dla użytkowników indywidualnych. Nie było wątpliwości, który komputer Apple jest dla Ciebie odpowiedni. Co równie ważne, to uproszczenie pozwoliło Apple skupić wysiłki na jakości i innowacjach: wyróżnieniu niewielkiej liczby produktów.
To właśnie w tym okresie Apple wprowadził na rynek kolorowego, pękatego iMaca i fantazyjnego iBooka z klapką. Decyzja o zamianie złożoności na jakość okazała się trafna. W pierwszym roku finansowym Jobsa, gdy jego plan był wciąż wdrażany, Apple straciło ponad miliard dolarów. W następnym roku firma osiągnęła zysk w wysokości 309 milionów dolarów.
„Decydowanie, czego nie robić, jest równie ważne, jak decydowanie, co robić” – wyjaśnił Jobs.
Klasyka gatunku. Właściwie te same wnioski płyną z każdego projektu porządkowania portfolio w firmach multiproduktowych i multiusługowych, w których brałem udział jako konsultant.
Innym sprytnym patentem na uporządkowanie swojego życia i spowolnienie go nieco, który zaczerpnąłem od Cala Newporta, są plany pięcioletnie. Przeciętny biznes i przeciętny człowiek piszący postanowienia noworoczne zakłada, że 1 stycznia następnego roku nie istnieje.
Jednocześnie, gdy zrobiłem plan pięcioletni, okazało się, że pewne decyzje radykalnie się uprościły. Na przykład, okazało się, że wybór pomiędzy miejscami, w których spędzamy wakacje, jest bardzo prosty, wiem też, o jakich miejscach powinienem więcej poczytać i pooglądać – bo za 2 lata jedziemy tam na urlop i byłoby dobrze coś więcej wiedzieć.
Rozważ napisanie planu na 5 lat, zamiast tylko na 1, bo może jesteś tak dojechany, bo twoje postanowienia noworoczne zakładają, że świat po 1 stycznia 2026 nie istnieje?
Drogie narzędzia = wyższa jakość pracy? O notatniku w Slow Productivity
Zakończymy kwestią notatników i narzędzi:
Wiosną 2010 roku, na początku mojego pierwszego roku jako postdoc informatyki, spontanicznie postanowiłem kupić wysokiej jakości notatnik laboratoryjny, który zobaczyłem w księgarni MIT. Był wykonany z grubego, bezkwasowego papieru o jakości archiwalnej, zadrukowanego delikatną kratką i ostemplowanego dużymi, czarnymi numerami stron w prawym górnym rogu. Notatnik był spięty wytrzymałą, podwójną spiralą i miał grubą, tekturową okładkę.
Naukowcy laboratoryjni traktują te notatniki poważnie. Zapisy ich eksperymentów i wyników nie tylko porządkują ich pracę, ale mogą być również kluczowym dowodem w sporach patentowych. (Na przykład starannie utrzymane notatniki laboratoryjne Alexandra Grahama Bella odegrały kluczową rolę w jego wygranym sporze patentowym z rywalem, wynalazcą telefonu Elishą Gray).
Wyższa jakość, oczywiście ma swoją cenę. Chociaż nie pamiętam dokładnie, ile zapłaciłem za ten notatnik w 2010 roku, pamiętam, że wtedy było to dla mnie dużo – prawdopodobnie około pięćdziesięciu dolarów. Jednak ten koszt był jednym z powodów, dla których mnie do niego przyciągnął. Uznałem, że wiedząc, ile wydałem, będę ostrożniejszy w tym, co piszę na jego archiwalnych stronach, co zmusi mnie do bardziej uporządkowanego i ostrożnego myślenia. Może to brzmieć jak dziwaczny gambit, ale postęp w teoretycznych badaniach informatycznych często sprowadza się do gry w „ktokolwiek”, w której ten, kto jest w stanie wytrzymać psychiczny dyskomfort związany z analizowaniem dowodu dłużej w swoim umyśle.
Moją największą samokrytyką jako badacza w tamtym czasie było to, że zbyt wcześnie się wycofywałem, próbując intensywnie myśleć o twierdzeniu lub nowym algorytmie. Miałem nadzieję, że elegancki notatnik pozwoli mi zostać w grze trochę dłużej. Skończyło się na tym, że używałem tego notatnika przez nieco ponad dwa lata, zapisując ostatnią stronę notatek w grudniu 2012 roku – okres, który obejmuje cały mój staż podoktorski i pierwszy rok jako adiunkt. Znam te dokładne daty, ponieważ niedawno znalazłem ten notatnik wśród stosu starych planerów na półce z tyłu szafy w sypialni.
Przeglądając jego strony, byłem zdumiony, jak starannie zapisałem równania i diagramy. (W tańszych notatnikach, które kupuję na zapas, moje bazgroły są często ledwo czytelne). Przez cały ten dwuletni okres wykorzystałem tylko dziewięćdziesiąt siedem stron notatnika, wypełniając każdą po same marginesy.
Kolejną rzeczą, która mnie uderzyła, była znajomość tak wielu szkiców dowodowych i równań, które znalazły się w notatniku. Przeglądając ponownie te dziewięćdziesiąt siedem stron, znalazłem kluczowe wyniki z siedmiu różnych publikacji recenzowanych, a także fundamentalne przemyślenia na temat tego, co stało się moim pierwszym dużym grantem Narodowej Fundacji Naukowej, gdy byłem młodym profesorem.
Był to jeden z wielu notatników, z których korzystałem w tym krótkim okresie mojej kariery akademickiej, ale nie ma wątpliwości, że ta niezwykle droga opcja odegrała nieproporcjonalnie dużą rolę w mojej produktywności.
Pomysł, że wysokiej jakości narzędzia mogą zwiększyć jakość pracy, nie jest unikalny dla moich początków kariery akademickiej. Powieściopisarze odczuwają przypływ energii, gdy przechodzą z ogólnego edytora tekstu na profesjonalne oprogramowanie do pisania, takie jak Scrivener, tak jak autorzy scenariuszy czują się bardziej kompetentni, kupując Final Draft do komponowania swoich filmów.
To prawda, że te droższe narzędzia oferują więcej funkcji niż ich tańsze odpowiedniki, ale wrażenie „teraz jestem profesjonalistą”, które wywołują, jest prawdopodobnie równie cenne. Podobny efekt obserwujemy u podcasterów, którzy kupują mikrofon Shure za 300 dolarów, z którego słynął Joe Rogan. W większości przypadków ich odbiorcy nie zwracają uwagi na niewielką różnicę w jakości między tym profesjonalnym mikrofonem a tańszą opcją USB, ale dla początkującego podcastera jest to sygnał, że traktują swoje zadanie poważnie.
Tę samą dynamikę widzimy również, gdy programiści komputerowi konfigurują rozbudowane cyfrowe stacje robocze z dwoma lub trzema monitorami. Ci programiści przysięgają, że możliwość jednoczesnego wyświetlania wielu okien zwiększa produktywność. To prawda do pewnego stopnia, ale wcześniejsze pokolenia programistów komputerowych wydawały się być bardzo produktywne, zanim niedawno wprowadzono sterowniki graficzne obsługujące wiele wyświetlaczy. Część potencjału tych konfiguracji tkwi w ich złożoności, która wprowadza użytkownika w wyspecjalizowany stan umysłu, gotowy do ciężkiej pracy pisania wydajnych programów.
Dążenie do jakości nie jest zadaniem przypadkowym. Jeśli chcesz, aby Twój umysł był zaangażowany w Twoje plany rozwoju umiejętności, inwestycja w narzędzia to dobry sposób na początek.
Sam korzystam ze Scrivenera do pisania książek, no i na podstawie tego fragmentu kupiłem notatnik, który co prawda kosztował 11 dolarów, ale ma grube kartki papieru, właściwie jak blok techniczny. Jest kompletnie niepraktyczny i ciężki, co czyni podróże trudniejszymi – ale 5 dni w tygodniu pracuję z nim właściwie przez cały dzień, więc to zdecydowanie poprawiło mi samopoczucie w trakcie pracy. Polecam.
Slow Productivity (powolna produktywność) Cala Newporta – moje podsumowanie
Polecam gorąco, jeśli jeszcze nie czytaliście. Mógłbym tak jeszcze długo, ale tutaj postawmy kropkę, bo nie chcę streścić Wam całej książki, tylko zachęcić do jej przeczytania. Cal Newport – Slow Productivity. Serdecznie polecam Wam tę pozycję. Do następnego odcinka.


