Dzień Dobry Państwu, spotykamy się w Interesach. Ja nazywam się Bartosz Majewski i jestem współzałożycielem Casbeg, a dziś na warsztat bierzemy książkę Hackers & Painters, napisał ją Paul Graham. Postaci przedstawiać nie trzeba, ale jeśli spędziliście ostatnie 15 lat pod kamieniem, mówimy o założycielu Ycombinator. Podtytuł książki to Big ideas from the computer age. Książka wyszła w roku 2004, czyli — proszę nie regulować odbiorników — 21 lat temu, a w Polsce nigdy, więc tłumaczenia są moje.
Odcinek Interesów o książce Hackers & Painters: Big Ideas from the Computer Age znajduje się tutaj:
O czym jest książka Hackers & Painters: Big Ideas from the Computer Age?
To jest zbiór piętnastu esejów Grahama. Większość, o ile nie wszystkie, są dostępne w internecie, obok licznych innych esejów Grahama. Polecam i książkę, jak i jego pozostałe teksty, szczególnie, że trochę ich napisał przez te dwadzieścia jeden lat. Lekko mówiąc, dwa pokolenia founderów się na nich wychowały.
Kim są hackers & painters według Paula Grahama?
Graham nie używa tego terminu w znaczeniu kogoś, kto włamuje się do systemów komputerowych. Raczej ma na myśli kogoś, kto kocha programować i jest w tym naprawdę dobry. Nie będę cytował Wam ze wszystkich esejów. Wybrałem dwa.
Jeden o wszystko mówiącym tytule Jak zrobić majątek oraz drugi, zatytułowany równie dobrze: Dlaczego nerdy nie są popularne? Dość często pojawia się w tej książce tytułowy haker.
Ale zanim do nich przejdziemy, cytat ze wstępu Hackers & Painters
Niektórzy mogą się zastanawiać nad esejem z rozdziału trzeciego: “Czego nie możesz powiedzieć”. Co to ma w ogóle wspólnego z komputerami? Otóż hakerzy są zafascynowani wolnością słowa. Slashdot czyli New York Times hakerstwa, ma całą sekcję na ten temat. Myślę, że większość czytelników Slashdot przyjmuje to za pewnik. Ale gazety dla pilotów nie mają sekcji o wolności słowa. Dlaczego hakerzy tak bardzo przejmują się wolnością słowa? Częściowo, myślę, dlatego, że innowacja jest tak ważna w oprogramowaniu, a innowacja i herezja to praktycznie to samo. Dobrzy hakerzy nabierają nawyku kwestionowania wszystkiego. Musisz to robić, gdy pracujesz na maszynach zbudowanych ze słów, które są tak złożone jak zegarek mechaniczny i tysiąc razy większe.
Ale myślę, że outsiderzy i ikonoklaści również częściej zostają hakerami. Świat komputerów jest jak intelektualny Dziki Zachód, gdzie możesz myśleć, co chcesz, jeśli jesteś gotów zaryzykować konsekwencje. A ta książka, jeśli zrobiłem to, co zamierzałem, jest intelektualnym westernem. Nie chciałbym, abyś czytał ją w duchu obowiązku, myśląc: „Cóż, te kujony zdają się przejmować świat. Chyba lepiej byłoby, gdybym zrozumiał, co robią, żebym nie został zaskoczony tym, co wymyślą następnym razem”. Jeśli lubisz pomysły, ta książka powinna być zabawna. Chociaż hakerzy na ogół wyglądają nudno na zewnątrz, wnętrze ich głów jest zaskakująco interesujące.
Choć Paul nie chce, żebyście tak czytali tą książkę, to zapewniam, że jeśli sami nie zaliczacie się do nerdów czy hackerów, to dobrze zrobicie, jeśli głęboko przemyślicie eseje Grahama i ogólnie kanon treści, na których wychowują się ludzie, którzy budują przyszłość. No bo jeśli jeszcze nie zauważyliście, software zjada świat. I to od dawna. Marc Andreessen napisał ten esej w sierpniu 2011. A teraz jeszcze AI zjada software. Ale może dajmy wybrzmieć Grahamowi.
Pierwszy wybrany esej z Hackers & Painters – najlepsze fragmenty
Esej nazywa się Dlaczego kujony nie są popularne. Zaznaczam, że kujon to po angielsku nerd.
Niewiele inteligentnych dzieci może poświęcić uwagę, której wymaga zdobycie popularności. Jeśli nie są przystojni, naturalnymi sportowcami lub rodzeństwem popularnych dzieci, będą miały tendencję do zostawania kujonami. Z tego powodu życie inteligentnych ludzi jest najgorsze mniej więcej między jedenastym a siedemnastym rokiem życia. Życie w tym wieku kręci się o wiele bardziej wokół popularności niż wcześniej lub później.
I kawałek dalej:
Dlaczego prawdziwy świat jest bardziej gościnny dla nerdów? Mogłoby się wydawać, że odpowiedź jest po prostu taka, że zamieszkują go dorośli, którzy są zbyt dojrzali, by czepiać się siebie nawzajem. Ale nie sądzę, żeby to była prawda. Dorośli w więzieniach z pewnością czepiają się siebie nawzajem. I najwyraźniej tak samo robią żony z wyższych sfer. W niektórych częściach Manhattanu życie kobiet brzmi jak kontynuacja liceum, z tymi samymi drobnymi intrygami.
Myślę, że najważniejsze w prawdziwym świecie nie jest to, że zamieszkują go dorośli, ale to, że jest bardzo duży, a rzeczy, które robisz, mają realne skutki. Tego brakuje szkole, więzieniu i paniom-na-lunchu. Mieszkańcy wszystkich tych światów są uwięzieni w małych bańkach, gdzie nic, co robią, nie może mieć większego wpływu niż lokalny. Naturalnie te społeczeństwa degenerują się w dzicz. Nie mają żadnej funkcji, której mogłaby przestrzegać ich forma. Kiedy rzeczy, które robisz, mają realne konsekwencje, nie wystarczy już samo bycie przyjemnym. Zaczyna być ważne, aby uzyskać właściwe odpowiedzi, i to właśnie w tym miejscu kujony pokazują swoją przewagę. Oczywiście na myśl przychodzi Bill Gates. Choć notorycznie brakuje mu umiejętności społecznych, otrzymuje właściwe odpowiedzi, przynajmniej jeśli mierzymy je przychodami.
I jeszcze kawałek dalej w Hackers & Painters czytamy:
Jako trzynastolatek nie miałem większego doświadczenia ze światem niż to, co widziałem bezpośrednio wokół siebie. Myślałem, że ten wypaczony mały świat, w którym żyliśmy, był światem. Świat wydawał się okrutny i nudny, i nie jestem pewien, co było gorsze. Ponieważ nie pasowałem do tego świata, myślałem, że coś musi być ze mną nie tak. Nie zdawałem sobie sprawy, że powodem, dla którego my, kujony, nie pasowaliśmy, było to, że w pewnym sensie byliśmy o krok do przodu. Już myśleliśmy o rzeczach, które mają znaczenie w prawdziwym świecie, zamiast spędzać cały czas na graniu w wymagającą, ale w większości bezsensowną grę o status, jak inni.
Byliśmy trochę jak dorosły, który wróciłby do gimnazjum. Nie wiedziałby, jakie ubrania nosić, jakiej muzyki słuchać, jakiego slangu używać. Wydawałby się dzieciom kompletnym kosmitą. Rzecz w tym, że dorosły wiedziałby wystarczająco dużo, żeby nie przejmować się tym, co myślą. My nie mieliśmy takiej pewności siebie.
Macie jakiegoś nastolatka w swoim życiu, który przypomina ten opis i wydaje się Wam inteligentniejszy niż rówieśnicy? No to wyślijcie mu ten odcinek — esej, o którym mówię oraz stronę MD Fellowship. Będzie Wam bardzo wdzięczny. I ja w sumie też. Ale wróćmy do Grahama:
Co nastolatkom radzi autor Hackers & Painters?
Gdybym mógł cofnąć się w czasie i dać trzynastoletniemu sobie jakąś radę, to główną rzeczą, jaką bym mu powiedział, byłoby, żeby podniósł głowę i rozejrzał się dookoła. Wtedy tego nie rozumiałem, ale cały świat, w którym żyliśmy, był kompletnym fałszerstwem. Nie tylko szkoła. Całe miasto. Dlaczego ludzie przeprowadzają się na przedmieścia? Aby mieć dzieci! Nic więc dziwnego, że wszystko wydawało się nudne i sterylne. Całe to miejsce było gigantycznym żłobkiem, sztucznym miastem stworzonym specjalnie w celu hodowli dzieci.
Tam, gdzie dorastałem, czułem, że nie ma dokąd pójść i nic do roboty. To nie był przypadek. Przedmieścia są celowo projektowane tak, aby wykluczyć świat zewnętrzny, ponieważ on zawiera rzeczy, które mogą zagrozić dzieciom. A co do szkół, były one po prostu zagrodami w tym fałszywym świecie. Oficjalnie celem szkół jest nauczanie dzieci. W rzeczywistości ich głównym celem jest trzymanie dzieci zamkniętych w jednym miejscu przez większą część dnia, aby dorośli mogli coś zrobić. I nie mam z tym problemu: w wyspecjalizowanym społeczeństwie przemysłowym byłoby katastrofą, gdyby dzieci biegały luzem.
Martwi mnie nie to, że dzieci są przetrzymywane w więzieniach, ale to, że (a) nie mówi się im o tym i (b) więzieniami zarządzają głównie więźniowie. Dzieci są wysyłane na sześć lat, aby zapamiętywać bezsensowne fakty w świecie rządzonym przez kastę gigantów, którzy biegają za podłużną brązową piłką, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. A jeśli nie zniosą tego surrealistycznego koktajlu, nazywani są dziwakami. O ile wiem, koncepcja nabuzowanego hormonami nastolatka powstała równocześnie z przedmieściami. Nie sądzę, by to był przypadek. Myślę, że nastolatkowie są doprowadzani do szaleństwa przez życie, które są zmuszeni prowadzić. Nastoletni praktykanci w renesansie zasuwali jak psy pociągowe. Teraz nastolatkowie są neurotycznymi pieskami kanapowymi. Ich szaleństwo jest szaleństwem próżniaków.
Kocham ten fragment. Nie byłem jakoś super nerdem w szkole, ale zdecydowanie lepiej radzę sobie w świecie pełnym konsekwencji, w którym to, czy masz rację i to ile na to postawiłeś, dyktuje twoją pozycję w opozycji do tego, jakie nagrody dostałeś za udział w bzdurnym teście, w którym konkurujesz z ludźmi owładniętymi potrzebą akceptacji, by się na tym tle starać. A miałem tyle szczęścia, że jednak trochę pracowałem i nie mieszkałem na przedmieściach, więc był w moim świecie jakiś kontakt z rzeczywistością.
Zerknijcie sobie na to, jak wygląda Bitwa centaurów Leonarda Da Vinci, którą zrobił, gdy miał 17 lat. Albo Madonna przy schodach, którą zrobił gdy miał 15. I to, że kiedyś ludzie wcześniej umierali, nie ma tu, moim zdaniem, wielkiego znaczenia.
Z 56 sygnatariuszy Deklaracji niepodległości 26 miało mniej niż 40 lat, 8 miało mniej niż 30. Alexander Hamilton miał 21. Najstarszy był Benjamin Franklin, który miał 70. Dla kontekstu: gdybyśmy przenieśli w czasie Franklina i wystawili go jako trzeciego kandydata w ostatnich amerykańskich wyborach prezydenckich, to byłby młodszy od Trumpa o 8 i od Bidena o 12.
I jeszcze jedna rzecz, która najwyraźniej się od 2004 zmieniła. Kiedyś ci, którzy nie znosili tego surrealistycznego koktajlu, byli nazywani dziwakami. Dziś poza epitetami coraz częściej stawia im się diagnozy i przepisuje leki. Jeszcze nigdy w historii nie wydawaliśmy tyle na zdrowie psychiczne, a jednocześnie osiągamy coraz gorsze rezultaty w tej sekcji. Także wśród dzieci. Czy tylko ja mam wrażenie, że chyba nie postawiliśmy właściwej diagnozy przyczyn problemów, które mamy?
Robi się ponuro, zmieńmy temat. Posłuchajcie fragmentu eseju How to make wealt.
Drugi wybrany esej z Hackers & Painters
Ekonomicznie rzecz biorąc, startup można postrzegać jako sposób na skompresowanie całego życia zawodowego do kilku lat. Zamiast pracować z niską intensywnością przez czterdzieści lat, pracujesz tak ciężko, jak to możliwe, przez cztery. To się szczególnie opłaca w branży technologicznej technologii, gdzie zgarniasz premię za szybką pracę.
Kawałek dalej w Hackers & Painters czytamy:
Startupy to nie magia. One nie zmieniają praw tworzenia bogactwa. Po prostu reprezentują punkt na samym końcu krzywej. Działa tu proste prawo: jeśli chcesz zarobić milion dolarów, musisz znieść ból wart milion dolarów. Na przykład jednym ze sposobów na zarobienie miliona dolarów byłaby praca na poczcie przez całe życie i oszczędzanie każdego grosza z pensji. Wyobraź sobie stres związany z pracą na poczcie przez pięćdziesiąt lat. W startupie kompresujesz cały ten stres do trzech lub czterech lat. Zazwyczaj otrzymujesz pewien rabat hurtowy, jeśli kupisz ból o rozmiarze ekonomicznym, ale nie możesz uniknąć podstawowego prawa. Gdyby założenie startupu było łatwe, każdy by to robił.
Uważam, że każdy przed rozpoczęciem pracy w startupie lub jeszcze lepiej przed założeniem dowolnej firmy, powinien sobie ten esej przyswoić. A następnie, dać do przeczytania najbliższym. Uniknęlibyśmy wielu nieporozumień w stylu startupowców, którzy zbierają venture capital a następnie pracują lekko.
Pogadajmy o tym, jak konkurować z dużymi graczami – według autora Hackers & Painters:
Duża firma jest jak gigantyczna galera napędzana przez tysiąc wioślarzy. Dwie rzeczy ograniczają prędkość galery. Po pierwsze, poszczególni wioślarze nie widzą żadnych rezultatów ciężkiej pracy. Po drugie, w grupie tysiąca osób przeciętny wioślarz prawdopodobnie będzie dość przeciętny.
Gdybyś losowo wybrał dziesięć osób z dużej galery i umieścił je w łodzi osobno, prawdopodobnie mogłaby płynąć szybciej. Mieliby zarówno marchewkę, jak i kij, aby ich zmotywować. Energiczny wioślarz byłby zachęcony myślą, że może mieć widoczny wpływ na prędkość łodzi. A jeśli ktoś byłby leniwy, inni byliby bardziej skłonni to zauważyć i narzekać.
Ale prawdziwa zaleta dziesięcioosobowej łodzi ukazuje się, gdy wyjmiesz dziesięciu najlepszych wioślarzy z dużej galery i umieścisz ich razem w łodzi. Będą mieli całą dodatkową motywację wynikającą z bycia w małej grupie. Ale co ważniejsze, wybierając tak małą grupę, możesz uzyskać najlepszych wioślarzy. Każdy z nich będzie w najlepszym 1%. Znacznie lepiej jest dla nich uśredniać swoją pracę z małą grupą rówieśników, niż uśredniać ją ze wszystkimi.
To jest prawdziwy sens startupów. W idealnym przypadku spotykasz się z grupą innych osób, które również chcą pracować ciężej i zarabiać dużo więcej niż w dużej firmie. A ponieważ startupy są zazwyczaj zakładane przez samowybierające się grupy ambitnych osób, które już się znają (przynajmniej ze względu na reputację), poziom pomiaru jest dokładniejszy niż ten, który można uzyskać z samej małej grupy. Startup to nie tylko dziesięć osób, ale dziesięć osób takich jak ty.
Znając ten fragment, rozumiesz, dlaczego tak ogromną czerwoną flagą są wzrastające szybko ilości osób w organizacji oraz to, że nie są to najlepsi z najlepszych. Jeśli zatrudniasz średnich ludzi, nie zbieraj venture capital, bo osiągniesz zbliżone do średnich rezultaty. Niestety, sam jestem mądry dopiero po szkodzie, bo robiłem takie błędy w przeszłości. Ale średni ludzie to nie jedyna pułapka czyhająca na startupy. Inną jest niski poziom trudności.
Poziom trudności jako kryterium wyboru
Posłuchajcie kolejnego fragmentu Hackers & Painters:
Używaj trudności jako wskazówki nie tylko przy wyborze ogólnego celu swojej firmy, ale także w punktach decyzyjnych na swojej drodze. W Viaweb jedną z naszych zasad było bieganie po schodach. Wyobraź sobie, że jesteś małym, zwinnym facetem, którego goni wielki, gruby, tyran. Otwierasz drzwi i znajdujesz się na schodach. Idziesz w górę czy w dół? Ja powiedziałbym, że w górę. Tyran prawdopodobnie zbiegnie po schodach tak szybko, jak ty. Wchodzenie po schodach jego masa będzie większym kłopotem. Bieganie po schodach jest trudne dla ciebie, ale jeszcze trudniejsze dla niego. W praktyce oznaczało to, że celowo szukaliśmy trudnych problemów.
Gdybyśmy mogli dodać do naszego oprogramowania dwie funkcje, obie równie cenne w stosunku do ich trudności, zawsze wybieralibyśmy trudniejszą. Nie tylko dlatego, że była wartościowa, ale dlatego, że była trudniejsza. Uwielbialiśmy zmuszać większych, wolniejszych konkurentów do podążania za nami po trudnym terenie. Podobnie jak partyzantka, startupy preferują trudny teren gór, gdzie wojska rządu centralnego nie mogą za nimi podążać. Pamiętam czasy, kiedy byliśmy wyczerpani po całodniowej walce z jakimś okropnym problemem technicznym. I byłem zachwycony, ponieważ coś, co było trudne dla nas, było niemożliwe dla naszych konkurentów.
To nie jest po prostu dobry sposób na prowadzenie startupu. To jest to, czym jest startup. Inwestorzy venture capital wiedzą o tym i mają na to określenie: bariery wejścia. Jeśli pójdziesz do VC z nowym pomysłem i poprosisz go o zainwestowanie w niego, jedną z pierwszych rzeczy, o które zapyta, będzie, jak trudno byłoby to rozwinąć komuś innemu?
To jest sprzeczne z intuicją, bo natura ludzka uwielbia komfort. Jeśli więc z premedytacją zabierzesz siebie i zespół w dyskomfort, to nie będzie tam zbyt wiele konkurencji. A ta, która będzie, może radzić sobie gorzej, bo nie jest tak mała i sprawna jak Ty i Twój zespół.
No i jeszcze wracając do poprzedniej pułapki. To teraz wyobraź sobie, że na tę wycieczkę po schodach zabieracie kogoś, kto nie chce tak żyć i tak pracować. Koszmar, prawda? No to jeszcze wyobraź sobie, że staracie się zawrzeć kompromis albo w ogóle cokolwiek innego poza odrzuceniem tej osoby jak przeszczepu, który się nie przyjął. To nie jest tylko dobra strategia biznesowa, ale także magnes na inżynierów. Najlepsi inżynierowie uwielbiają wprost zmagać się z trudnymi problemami.
Startup jest jak komar. Niedźwiedź może przyjąć cios, a krab ma do ich przyjmowania pancerz, ale komar jest zaprojektowany do jednego: zdobywania punktów. Nie marnuje się energii na obronę. Obrona komarów jako gatunku polega na tym, że jest ich wiele, ale to niewielka pociecha dla pojedynczego komara.
I kawałek dalej w Hackers & Painters mamy taki inspirujący fragment:
Kupujący spółki zakładają, że klienci wiedzą, kto ma najlepszą technologię. I nie jest to takie głupie, jak się wydaje. Użytkownicy są jedynym prawdziwym dowodem na to, że stworzyłeś bogactwo. Bogactwo jest tym, czego chcą ludzie, a jeśli ludzie nie używają twojego oprogramowania, to może nie tylko dlatego, że jesteś kiepski w marketingu. Może dlatego, że nie stworzyłeś tego, czego chcą.
Venture kapitaliści mają listę niebezpieczeństw, na które powinni uważać. Na szczycie listy znajduje się firma prowadzona przez entuzjastów technologii, którzy są zafascynowani rozwiązywaniem interesujących problemów technicznych, zamiast uszczęśliwiać użytkowników. W startupie nie próbujesz tylko rozwiązywać problemów. Próbujesz rozwiązywać te problemy, które interesują użytkowników.
Praca w startupie – moje spostrzeżenia przy okazji lektury Hackers & Painters
3.5 roku życia zmarnowałem na pracę w startupie, który dostarczał leady spółkom, które nie zbudowały tego, czego chcą klienci. Gdybym przeczytał ten esej, to wiedziałbym, że gdy klient mówi: nie mam leadów, to tak naprawdę mówi: mój software house, agencja czy tam startup niczym się nie wyróżnia albo nie mamy product market fit.
Ale klientom nie przechodzą przez usta takie stwierdzenia, bo prawda jest zbyt bolesna i poddaje w wątpliwość ich tożsamość jako świetnych przedsiębiorców czy świetnych ludzi od technologii. Zaakceptowanie tego, że zbudowało się coś kompletnie zbędnego, może prowadzić do wniosku, że wcale się dobrym przedsiębiorcą czy inżynierem nie jest. Prawda was wyzwoli, ale najpierw wkurzy. Ale jeśli podejrzewacie, że to Wy i to, co zbudowaliście, nie ma sensu, to nie rozpaczajcie. Właściwie każdy zbudował kiedyś coś bezsensownego, zbędnego lub nieistotnego.
Nawet Steve Jobs zbudował Next, który w tamtym czasie kosztował 6,5 tys. dolarów, co stanowi równowartość 15 tys. dolarów na dzisiejsze pieniądze. Komputer był tak drogi, że klienci nie mieli na niego forsy, a ponieważ sprzedaż była niska, deweloperzy nie chcieli budować dla niego rozwiązań, co doprowadziło do tego, że ekosystem się nie zawiązał.
Prawdziwym błędem nie jest budowanie bezsensownych rzeczy, tylko odwracanie wzroku od tego, że to, co zbudowaliśmy, jest głupie. Ale tak właśnie działa ego i natura ludzka, jestem więc spokojny o to, że biznesy, które robią lead generation, będą powstawać nadal i nadal churnować klientów.
Hackers & Painters: Big Ideas from the Computer Age – warto przeczytać
Mógłbym tak jeszcze długo, ale tutaj postawmy kropkę, bo nie chcę streścić Wam całej książki, tylko zachęcić do jej przeczytania. Paul Graham — Hackers and Painters. Serdecznie polecam Wam tę pozycję. Do następnego odcinka.


