Mam wrażenie, że wśród zarządzających w polskich startupach programy opcyjne uchodzą za coś wyłącznie dobrego. Za granicą konsensus jest taki sam – choć ma nieco więcej wyjątków, które wywołują burze pisząc coś wbrew konsensusowi – co widać doskonale po komentarzach do tweeta Jasona Frieda. W końcu jeśli jesteś założycielem, to powinieneś „dzielić się” możliwościami zarobienia pieniędzy na exicie z współautorami twojego sukcesu – pracownikami. Niestety, konsensus nie ma tak samo dobrego zastosowania do każdej firmy czy startupu.

Z czym wiąże się program opcyjny?

Nie jest tak, że program opcyjny jest czymś zawsze korzystnym dla pracownika. Zwykle opcje na udziały wiążą się z koniecznością większych poświęceń ze strony pracowników (zostań po godzinach / przyjdź do pracy w sobotę, w końcu pracujemy na swój exit). Zwykle opcje na udziały wiążą się też z mniejszą pensją (musimy trzymać niskie koszty, żeby dojechać do następnej rundy, pamiętaj, pracujemy na swój exit).

Sam wielokrotnie przychodziłem na całodniowe zebranie koordynacyjne odbywające się w sobotę właśnie dlatego, że bycie “na opcjach” popychało mnie do dodatkowego zaangażowania. Z perspektywy czasu tego typu zebranie stanowi dla mnie przykład na pary idącej w gwizdek. Ten pogląd nie przeszkadza mi uważać, że trzeba bardzo ciężko pracować i nierzadko pracuję w weekendy. Mam tak odkąd pamiętam, niezależnie od tego czy miałem opcje/udziały czy nie, choć nie oczekuję tego samego od współpracowników – a nawet ich do tego zniechęcam. 

Z drugiej strony, kierując się logiką krwiożerczego kapitalisty (nie polecam, przeszkadza w zarabianiu pieniędzy) możesz przyjąć, że chcesz kupować więcej czasu pracowników, za który zapłacisz mniej a “jeśli wyrzucimy szóstkę na kostce za kilka lat” ich opcje będą wiele warte. W praktyce to tak nie działa, ponieważ ludzie są na tyle inteligentni, że prędzej czy później odrobią matematykę, która będzie przypominać poniższą i zobaczą, że nic z niej ciekawego nie wynika – a wtedy odejdą.

Udziały w firmie z perspektywy pracownika

Jak to wygląda z perspektywy pracownika? Przyjmijmy, że masz możliwość dołączenia do firmy, która jest na wczesnym etapie rozwoju. Stajesz się jednym z pierwszych pracowników i dostajesz opcję na 5% udziałów (50 z 1000 istniejących udziałów spółki).

Spółka jest wyceniana na 4 miliony złotych. 5% oznacza więc, że na papierze twoje udziały są warte 200.000 PLN. Spółka ma ogromny potencjał wzrostu, więc “sky is the limit”. Kto wie ile razy te 200.000 zdołacie pomnożyć? 

Założyciele są rozsądni i wdrożyli vesting, więc jeśli się sprawdzisz i przyczynisz do tego, że trajektoria spółki będzie „w prawo i do góry, w szybkim tempie” po 2 latach staniesz się posiadaczem opcji o znacznej wartości w całości. Jeśli jednak zakończycie współpracę przed upływem roku – nie otrzymasz ani jednej opcji. 

Ponieważ spółka jest na wczesnym etapie, akceptujesz to, że zamiast wynagrodzenia, które pobierałeś w poprzedniej spółce (10.000 PLN miesięcznie) pobierasz 6.000 PLN (w końcu jesteśmy startupem). To poświęcenie oznacza dla ciebie koszt 48.000 złotych rocznie (oraz utracone przyszłe podwyżki, gdybyś żadnej nie otrzymał w trakcie pracy w startupie).

Akceptujesz także to, że będziesz pracować około 5 godzin w tygodniu więcej niż dotąd (9 godzin dziennie zamiast 8). Szacując wartość godziny twojego wolnego czasu na 50 złotych, w skali roku oznacza to wartość nadgodzin na poziomie 13.000 PLN. Sumarycznie więc te dwa ustępstwa oznaczają 61.000 złotych kosztów rocznie.

W tym momencie scenariusz musi rozejść się na trzy drogi:

Sukces!

Po 5 latach spółka jest startupowym sukcesem jak z najlepszych historii opisywanych na TechCrunch. Sprzedajecie się za 100 milionów złotych, a Twoje udziały zostały w kolejnych rundach finansowania rozwodnione z 5% do 3.2%.

Jak na polski startup jest to wspaniały rezultat. Ile będzie warta twoja opcja? Na skutek zapisów w umowach fundusze Venture Capital odzyskują swój kapitał jako pierwsze. Byliście efektywni kapitałowo, więc po odliczeniu zebranego kapitału zostaje 85 mln do podziału. Twoje 3.2% oznacza więc wynik 2.720.000. 

Licząc wartość pięciu lat poświęceń (305.000 PLN + podwyżki) i podatku Belki zostaje ci 1.768.200 PLN. 

Zdecydowanie się to opłacało, startupy są super! Naturalnie, gdyby udało się wam osiągnąć jeszcze wyższą wycenę – wynik tej transakcji i reakcja na nią byłaby jeszcze bardziej entuzjastyczna.

Porażka

Po 2 latach zamykacie startup. To był kompletny niewypał. Spółka nie przedstawia żadnej wartości więc jej nie sprzedajecie a twoja opcja na udziały jest warta zero. Niby sporo się nauczyliście (głównie o tym czego nie robić) ale to były cholernie drogie studia.

Jesteś 120.000 PLN w plecy patrząc przez pryzmat kosztów alternatywnych – na szczęście jest to w istotnej mierze wartość tylko twojej ciężkiej pracy, a w mniejszym stopniu niezarobionych na wyżej płatnym etacie pieniędzy. Wasi inwestorzy stracili swoje pieniądze, w twardej gotówce. Wszyscy cierpią. Ała. Jedziemy na urlop zastanowić się nad swoim życiem, a potem wracamy na etat… lub zakładamy następny startup.

Sukcesik

Po 5 latach sprzedajecie startup. Niestety, nie za pieniądze “nie z tej ziemi” – 20 milionów złotych. Twoje udziały zostały w jednej rundzie finansowania rozwodnione do 4%. Jak na polski startup całkiem nieźle. Ile będzie warta twoja opcja? Na skutek zapisów w umowach fundusze Venture Capital odzyskują swój kapitał jako pierwsze.

Byliście efektywni kapitałowo, więc po odliczeniu zebranego kapitału zostaje 16 milionów do podziału. Twoje 4% oznacza więc wynik 640 tysięcy złotych. Po odliczeniu dodatkowych godzin pracy i utraconych korzyści okazuje się, że jesteś do przodu o 213.000 złotych w ciągu 5 lat. Niezły wynik.

To oczywiście hipotetyczne scenariusze, które są pisane na serwetce. Rzeczywistość jest znacznie, znacznie bardziej skomplikowana. Matematyka powyżej wyglądałaby zupełnie inaczej dla kogoś, kto udziały dostaje obok świetnej pensji, a nie zamiast niej. Analogicznie z kimś, kto zamiast 10.000 złotych zarabiał w poprzedniej firmie 5.000.

Nie jest jednak tak, że programy opcyjne są zawsze dobre dla pracowników nimi objętych. Mogą być bardzo dobre tam, gdzie startup odnosi wielki sukces. Jak i kompletnie bezwartościowe tam, gdzie startup go nie odnosi.

W praktyce jednak jest tak, że opcje na udziały sprawdzają się jako wehikuł do budowy majątku objętych nimi ludzi w niewielkiej grupie firm/startupów, które są w stanie wzrosnąć na wartości ponad dziesięciokrotnie w horyzoncie np. 5 lat. Oczywiście im większy wzrost wartości tym lepiej. Jednocześnie, zdecydowana większość firm i startupów nie rośnie tak szybko.

W efekcie obejmowanie pracowników programami opcyjnymi umożliwiającymi im objęcie 1-3% w wolno rosnącym biznesie zwyczajnie przegrywa ze szczodrym płaceniem pensji, premii, bonusów lub udziałów w zyskach w kategorii “wehikuł do budowy majątków zespołu”.

Jednocześnie, patrząc z perspektywy pracownika: jeśli mogę otrzymać dokładnie taką samą pensję oraz udziały – to właściwie dlaczego miałbym nie wziąć darmowego biletu na loterię (i ewentualnie nieco okupić go dodatkowym, z góry ustalonym zaangażowaniem)? Zwykle jednak to nie ten deal leży na stole.

Gdy to piszę, w 2020 roku w Polsce, przy naszym poziomie akumulacji majątków ciężko jest komuś, kto ma rodzinę, zrezygnować z zarobienia dodatkowych kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie. Szczególnie jeśli robi to po to, by zająć pozycję w bardzo ryzykownym aktywie zwanym startupem early stage.

Ebook

Chcesz zdobyć praktyczną wiedzę biznesową?

Zapisz się na newsletter o marketingu i sprzedaży B2B. Otrzymasz także darmowy e-book „Skuteczna rekrutacja handlowca B2B”

Przed wielu laty, na pierwszym wystąpieniu publicznym jakie widziałem w wykonaniu mojego wspólnika Marcin mówił tak: 

Wyobraźcie sobie, że mam taką możliwość i mówię wam: od jutra rzućcie swoją robotę, ja wam daję pensji 12 razy tyle co zarabiacie i to jeszcze przez najbliższy rok. Macie 12 pensji dwunastokrotnych. Zarąbista sprawa. 

Pierwszy warunek jest taki, że wypłata jest za rok. A drugi jest jeszcze lepszy: za rok rzucam kostką i jak wyrzucę szóstkę to wam daję te pieniądze, a jak nie to nie. 

Pytanie: ilu z was ilu zdecydowałoby się na taką zabawę?

<kilka rąk podnosi się w górę>

No, zawsze znajdzie się paru szaleńców. Chociaż statystycznie, gdyby wszyscy wzięli w tym udział i podzielili się pieniędzmi, to mieliby dwa razy tyle. Dlatego, skoro tak niewielu ludzi by się na to zdecydowało (ja się nie dziwię, sam bym nie poszedł na coś takiego) zadaję sobie pytanie dlaczego wielu z was (więcej niż podniosło ręce) gra w o wiele trudniejszą grę. To jest właśnie biznes internetowy, startupy. To jest gra o wiele mniejszym prawdopodobieństwie wygranej i ta pula do wygrania też jest mniejsza.

Nie wszystko w jego słowach zachowało aktualność, bo rynek startupów i firm internetowych znacznie urósł, a prawdopodobieństwo sukcesu wzrosło (nieco). Powinny jednak dawać nam one do myślenia. Ten krajobraz nadal będzie się zmieniać.

Kredyty mieszkaniowe programistów są systematycznie spłacane, wynagrodzenia w branży rosną szybciej niż średnia co powoduje, że w branży siła nabywcza i zdolność do kumulowania oszczędności wzrasta szybciej od inflacji. Apetyt na ryzyko, profesjonalizm instytucji wsparcia i finansujących oraz dojrzałość ekosystemu rośnie.

Jakieś 10 lat temu w branży zaczęto mówić, że brakuje polskiego Skype’a. No i nadal go brakuje (pomimo ewidentnych sukcesów Allegro, Livechata czy CDProjekt). Myślę, że jesteśmy blisko i jak tylko IPO/Exit Booksy albo Znanego Lekarza spowoduje, że kilkadziesiąt – kilkaset osób kupi sobie apartament w centrum Warszawy i samochód w kontrastowym kolorze, trend ulegnie odwróceniu.

Trzymajmy za to kciuki, a jeszcze lepiej – przyłóżmy do tego rękę. Polska będzie lepszym miejscem do życia, jeśli w naszym kraju za 10-15 lat będzie znajdowało się 100 szybko rosnących startupów, które osiągnęły wycenę 1 miliarda dolarów.